Umów konsultację
Wszystkie wpisy

Jak Instagram odebrał mi radość tworzenia

No dobra, trochę przesadzam. Nie zamierzam obwiniać Instagrama, ani innych mediów społecznościowych o to, że dałam się wciągnąć w tę grę - grę hooków i publikowania treści tak, aby “siadło” i przyciągnęło odpowiednich odbiorców.

Kobieta w skoku z uniesionymi rękami w skalnym łuku nad morzem

No dobra, trochę przesadzam. Nie zamierzam obwiniać Instagrama, ani innych mediów społecznościowych o to, że dałam się wciągnąć w tę grę - grę hooków i publikowania treści tak, aby “siadło” i przyciągnęło odpowiednich odbiorców.

Pozwoliłam sobie w ten sposób “stuningować” swoją komunikację, sposób tworzenia i działania wedle zasad dyktowanych przez algorytmy, aż w końcu powiedziałam dość.

Dość tańczenia tak, jak mi algorytm zagra.

Nie po to stworzyłam i nadal tworzę Moją Autentyczną Stronę, aby stać się influencerką, iść w viral, zbierać lajki i gromadzić followersów. I takie było moje założenie od samego początku. A jednak zaczęłam w to grać.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że więcej czasu poświęcam na marketing i zabawę w social media, zamiast skupiać się głównie na projekcie oraz na wartościach, które chcę za jego sprawą przekazywać. To z kolei doprowadziło mnie do poczucia, że straciłam autentyczną radość tworzenia i dzielenia się swoją pracą. A nie tak to miało wyglądać…

Mimo wszystko to doświadczenie wzbogaciło mnie o wiele cennych informacji, obserwacji oraz wglądów, którymi chciałabym podzielić się z Wami w tym artykule.

Pierwsza podstawowa kwestia - ten artykuł nie ma na celu wylewania żalów, bo zasięgi nie takie i liczba odbiorców się nie zgadza. Byłabym kompletną hipokrytką, gdybym najpierw mówiła, że świat zewnętrzny jest odzwierciedleniem świata wewnętrznego, po czym oskarżała media społecznościowe o wszelkie zło, kierując się w ten sposób rozgoryczeniem i rozczarowaniem.

To się nie zmieniło. Jeśli coś wywołuje we mnie negatywne emocje lub idzie nie tak, jakbym sobie tego życzyła, to zawsze w pierwszej kolejności patrzę na siebie i biorę odpowiedzialność za swoje uwarunkowania. Kropka.

Teraz przechodząc zgrabnie do tematu: czego nauczyły mnie te kilka miesięcy obecności w mediach społecznościowych i co sobie uświadomiłam?

Przede wszystkim, warto zdać sobie sprawę z tego, że wszelkie tego typu platformy istnieją i zarabiają dzięki obecności ludzi, ich uwadze - a co za tym idzie, ich energii - oraz dzięki publikowanym i konsumowanym przez nich treściom.

Nawiasem, odnośnie uwagi, to jest meta zasada, co oznacza, że jest uniwersalna i działa w każdym przypadku, czyli tam gdzie Twoja uwaga, tam Twoja energia i tego zjawiska jest zwyczajnie więcej. Na tej podstawie już można wysunąć wniosek, że media społecznościowe cieszą się popularnością i żyją zasilane naszą energią. Gdybyśmy wszyscy ewakuowali się z tego środowiska, usunęli swoje konta, to jaki byłby los tychże mediów? ;)

I teraz zasadnicze pytanie - kto w takim razie jest faktycznym bossem? Z jakiego powodu uważasz, że musisz dostosować się do algorytmów?

Nie chodzi o to, żeby bezceremonialnie wylogować się teraz z tych platform i pousuwać wszystkie konta, ale żeby korzystać z nich rozważnie, jako z pobocznego narzędzia, które służy przede wszystkim Tobie, dzięki któremu wyrażasz siebie w autentyczny sposób.

Jeśli to nie jest wystarczająco przekonujące, to odpowiedz sobie na takie pytanie:

Za kim ludzie są bardziej skłonni podążać -

Czy za pieskiem, który czeka na komendy, żeby wiedzieć, jak ma zamachać ogonem?

Czy za liderem, który wyznaczając nowe ścieżki, nie czeka na pozwolenie oraz stoi za swoją prawdą i wartościami, bez względu na okoliczności i reguły algorytmów?

Nie sztuką jest przyciągnąć odbiorców, lecz to, ilu z nich pozostanie i będzie Cię szanować za wartość, jaką jesteś w stanie przekazać długofalowo.

Jedyną realną wartością, która buduje trwałe zaufanie, jest Twoja wiarygodność oraz spójność.

To socialmediowe zjawisko niestety ujawnia dominujące uwarunkowanie w świadomości zbiorowej, przez które większość ludzi nauczona jest życia pod klucz, według narzuconych z góry zasad, bez krytycznego podejścia i umiejętności wewnętrznego przywództwa.

To oznacza, że zamiast najpierw sprawdzić i poczuć, czy reguły “tej gry” mi w ogóle odpowiadają, większość bez głębszej refleksji dostosowuje się, kwitując: “No tak to już jest.”

Tak nawiasem, “uwielbiam” to zdanie. W języku energii można byłoby je przetłumaczyć jako stwierdzenie: “Nie chcę patrzeć głębiej, bo jeszcze trzeba by było wziąć odpowiedzialność i coś z tym zrobić. A tak, dostosuję się i mam «święty spokój»”.

Oczywiście okupiony emocjonalną udręką ;)

Kolejna sprawa - marketing.

Trochę ten temat ostatnio zgłębiłam z racji mojej działalności. Podpatrzyłam, posłuchałam ekspertów i narzuca mi się jeden wniosek. To niewiele różni się od marketingu firm farmaceutycznych, które uderzają w Twój ból. Co więcej, zdarza się, że nawet wymyślają ten ból, żeby zasiać w umyśle sugestię, stwarzając w ten sposób sztucznie potrzebę, by doprowadzić do sprzedaży danego produktu.

W przypadku rynku rozwoju mechanizm jest bardzo podobny. Masz najpierw uświadomić odbiorcy jego problem tak, aby mógł się z tym utożsamić i pomyśleć: “O kurczę, to o mnie. Ja tak mam”. Po czym rozkładasz czerwony dywan prowadzący wprost do Twojego cudownego remedium na jego życiowe bolączki.

Niby brzmi sensownie, więc czego się czepiać? Przecież u większości działa.

Sam fakt, że coś działa, bo widać efekty, nie mówi jeszcze nic o tym, na ile jest to wartościowe oraz jakie wywołuje energetyczne implikacje, które nie są natychmiast widoczne gołym okiem.

Po drugie, ciągłe uderzanie w ból i problemy tak naprawdę generuje jeszcze więcej bólu i problemów, zgodnie ze słynnym prawem uwagi.

Ponadto zawsze liczy się intencja, czyli z jakiego powodu tak naprawdę decydujesz się na dane przedsięwzięcie, bo ona w ostateczności ujawni jego prawdziwe owoce.

Przykładowo, kilka lat temu zdecydowałam się na współpracę z moją mentorką, bo urzekła mnie autentyczność i realna wartość jej przekazu. Jej marketing w zasadzie był żaden i właśnie to mi się najbardziej podobało. Zawsze odpychała mnie agresywna promocja w stylu: “Kup dwa w cenie jednego tylko dzisiaj!!!”

Mimo wszystko to marketingowe doświadczenie było bardzo cenne, bo pomogło mi uświadomić sobie i doprecyzować profil mojego odbiorcy.

Nie chcę trafiać do kogoś, kto potrzebuje szybkiej dopaminy, kogo trzeba w trzy sekundy “złapać”, bo inaczej przeskroluje dalej.

Moje treści oraz projekt niestety (a raczej stety) nie nadają się do szybkiej i bezrefleksyjnej konsumpcji.

Kompletnie nie leży mi prowadzenie odbiorcy za rączkę i uświadamianie mu, że w ogóle ma jakiś problem, a ja mogę mu w nim pomóc. Zależy mi na świadomym i gotowym do wzięcia za siebie odpowiedzialności kliencie, który wie, że autentyczne spełnienie i szczęście odnajdzie i odbuduje w sobie, a nie w manifestacji SP czy milionów.

Swoją drogą, zjawisko manifestacji to równie ciekawy temat, który nadaje się na osobny artykuł.

Na koniec chodzi o to, żeby we wszystkim zachować zdrowy umiar i patrzeć przede wszystkim na siebie. Nie podążaj za czymś ślepo, bo coś się u kogoś sprawdziło. Słuchaj innych, inspiruj się, ale bierz z tego to, co jest dobre dla Ciebie i w czym czujesz się dobrze. Jeśli chcesz brylować w mediach społecznościowych i sprawia Ci to frajdę - super, idź w to. Natomiast, jeśli czujesz podobnie jak ja, nie rób niczego wbrew sobie, bo tylko się wypalisz.

Pamiętaj, że za wszystkim stoi energetyczny wzorzec, więc to, że coś nie wychodzi, nie jest kwestią nieodpowiedniego hooku, zbyt małej liczby postów lub nieodpowiedniej miniatury Twojego profilu.

A moja definicja marketingu to zostawianie w świecie wystarczająco wielu śladów swojej pracy, żeby człowiek, który jej potrzebuje, mógł Cię znaleźć, poznać i zdecydować się wejść głębiej.

← Wróć do zapiskówPorozmawiajmy→